Spektakularna wyprawa rowerowa przez Lofoty-najpiękniejszy archipelag wysp Norwegii

Lato w 2014 roku było bez wątpienia latem stulecia w Norwegii. Temperatury rozpieszczały mieszkańców dalekiej północy a niezachodzące słońce muskało ciało ciepłymi promieniami.

Po długich przemyśleniach doszliśmy do wniosku, że zaryzykujemy i polecimy na dwa tygodnie na północ Norwegii z rowerami i namiotem. Lepszej decyzji podjąć nie mogliśmy. Postanowiliśmy lecieć z Oslo do Tromsø, a wrócić z Bodø. W planach było przejechanie ok. 900km.

Po zamontowaniu bagażników na rowery i spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy w sakwy dojechaliśmy do lotniska w Oslo. Bagażu było sporo więc z dobrym marginesem czasu zaczęliśmy odprawiać wszystko po kolei. Odprawę bagażową przeszliśmy bez problemu.

Obraz 023
Lotnisko Oslo Gardermoen, przed odprawą bagażową.

Po wylądowaniu w Tromsø rozpakowanie zajęło nam trochę czasu i wreszcie szczęśliwie udało nam się odjechać z lotniska. Po krótkim zwiedzaniu centrum i okolic ruszyliśmy w zaplanowaną trasę.

 

Dzień zakończyliśmy noclegiem na małym boisku sportowym. Następnego dnia spokojnie ruszyliśmy dalej. Dzień był pochmurny i chłodny ale nie narzekaliśmy, bo mogło przecież padać. Jadąc do przeprawy promowej spotkaliśmy niewzruszonego renifera skubiącego trawkę przy, nazwijmy to, głównej drodze.

 

Czekaliśmy na prom, wsiedliśmy na niego i dopłynęliśmy do wyspy Senja, która okazała się być naprawdę przepiękną wyspą. Trasa rowerowa szła wzdłuż fiordu i było tam sporo pod górę ale przepiękne widoki rekompensowały nam zmęczenie. Dojechaliśmy do cudownej piaskowej plaży otoczonej górami, na której było już rozstawionych kilka namiotów. My też zdecydowaliśmy się tam zostać i wykorzystać słoneczną pogodę na kąpiel w fiordzie. Na kolację konsumowaliśmy świeżo złowione ryby, uprzednio zgrillowane. Jakaś nieznana nam grupa muzyczna podeszła do nas na plaży (pokonując kilkadziesiąt metrów, bo taka wielka ta plaża była), z zapytaniem, czy nie będzie nam przeszkadzał hałas w czasie nagrywania teledysku do piosenki. Spojrzeliśmy się wtedy ze zdziwieniem najpierw na siebie, potem na nich i pokręciliśmy zrozumiale głową, że nie.

 

Po przespaniu nocy, przy mglistej pogodzie ruszyliśmy dalej. Mijaliśmy bardzo popularny wśród turystów punkt widokowy, jednak z powodu gęstej mgły musieliśmy się zadowolić zdjęciami z tablicy informacyjnej. Pedałowaliśmy dalej. Niebo odsłoniło się zza chmur i słońce grzało wyjątkowo mocno. Podjazdy dawały w kość ale twardo jechaliśmy dalej do kolejnego punktu widokowego, na szczęście położonego w połowie jednego z wielu długich podjazdów, do kolejnego tunelu. Robiąc pamiątkowe zdjęcia odpoczywaliśmy i cieszyliśmy oko wspaniałym widokiem.

Obraz 150

Dalej droga prowadziła przez ciemny, zimny i wymagający tunel gdzie po wyjeździe z niego maksymalnie wyczerpani, ostatkiem sił jedliśmy chleb z dżemem, żeby szybko podnieść glukozę we krwi. Żeby wydostać się z wyspy musieliśmy wsiąść na kolejny prom. Dopłynęliśmy do Andøya.

 

Nikt z nas nie brał pod uwagę, że może być jeszcze piękniej. Na tę noc mieliśmy zatrzymać się na kempingu bo dostępu do prysznica nie mieliśmy od trzech dni, jednak po krótkim rekonesansie pola namiotowego rozmyśliliśmy się i pojechaliśmy dalej, gdzie na niedalekiej plaży znaleźliśmy super miejsce na namiot. Oczywiście zostaliśmy tam, umyliśmy się w lodowatym strumieniu, spożyliśmy posiłek na nadmorskich skałach. Tej nocy mieliśmy przyjemność spacerowania przy jednoczesnym zachodzie i wschodzie słońca.

 

Następnej nocy wylądowaliśmy na polu namiotowym z myślą, że najwyższy czas się umyć. Była to nasza najgorsza noc, a po prysznicu czuliśmy się bardziej brudni niż przed. Jadąc dalej wybraliśmy alternatywną trasę z dala od szumu aut nadrabiając kilka dobrych kilometrów ale warto było. Przed przeprawą promową zrobiliśmy zakupy. Dopłynęliśmy do Lofotów i tam spaliśmy kolejną noc na plaży, konsumując wcześniej zakupione wino w kartonie. Przez Lofoty jechaliśmy spokojniej, pogoda nadal sprzyjała. Na drodze spotykaliśmy sporo sakwiarzy, również z Polski. Zatrzymaliśmy się na całkiem fajnym polu namiotowym, gdzie odświeżaliśmy nasze rzeczy, planowaliśmy dalszą jazdę łowiąc ryby. Następnego dnia zwiedzaliśmy okolice, między innymi Henningsvær by znowu wyruszyć dalej w trasę.

 

Widok charakterystycznych czerwonych domków w kontraście błękitnego nieba zapierał dech w piersi. Trasa dalej była równie piękna. Kąpaliśmy się na najpiękniejszej plaży na jakiej kiedykolwiek byliśmy. Gdyby tylko woda była trochę cieplejsza…

 

Następne dwie noce spaliśmy na nieobsługiwanym polu namiotowym, gdzie oprócz toalety i studni na wodę nie było nic. Dzieciak zadowolony z towarzystwa owiec, my na zmianę biegaliśmy jakby sportu było mało.

 

Podczas pokonania kolejnego odcinka założonej trasy trafiliśmy na ruch wahadłowy przy remontowanej trasie. Ze względów bezpieczeństwa nie mogliśmy przejechać tego odcinka na rowerach więc po krótkim oczekiwaniu podjechało po nas auto z przyczepką, gdzie wraz z zapakowanymi rowerami przewiozło nas jak królewską parę kilka kilometrów dalej. Oczywiście nic za to nie płaciliśmy.

Obraz 468
Podczas remontu dróg organizowany jest transport dla rowerzystów.

Kilka dni później dojechaliśmy do najbardziej malowniczej wsi Reine, większości dobrze znanej z przewodników turystycznych o Norwegii.

Obraz 503
Reine.

Zachwyceni jej pięknem i jednocześnie smutni, że wyprawa powoli dobiega końca, szukaliśmy miejsca na nocleg. Rozpieszczeni wcześniejszymi noclegami w intymnych i cichych miejscach, z przestrzenią tylko dla nas nie mieliśmy najmniejszej ochoty na nocleg w towarzystwie tłumów. Wybraliśmy spokojne miejsce na klifie wyspy, by móc ostatni raz poegzystować w bliskim towarzystwie natury.

Obraz 544

Ostatniej nocy na Lofotach nie przespaliśmy z powodu wichury. Ja oczywiście panikowałam, że zdmuchnie nas z klifu mimo, iż odległość od brzegu była tak naprawdę całkiem spora. Niewyspani wcześnie rano złożyliśmy namiot, wsiedliśmy na prom z Moskenes do Bodø i po kilku godzinach dopłyneliśmy do celu. Mąż nie informując nas o tym wcześniej oznajmił, że zamówił nocleg w hotelu na ostatnią noc.

Przy zjeździe z promu trafiliśmy na oberwanie chmury i po pokonaniu zaledwie kilometra, suchej nitki na nas nie było. Bałam się, że w takim stanie nie wpuszczą nas do hotelu, jednak przemiła kobieta z recepcji bez problemu pozwoliła nam nawet na przechowanie rowerów w magazynie na wino. Chwała jej za to!

Obraz 590
Hotel Thon w Bodø przyjazny nie tylko dzieciom ale i rowerzystom.

Następnego dnia wróciliśmy samolotem do Oslo. Na lotnisku wielkości szczecińskiego lotniska mieliśmy takie problemy z zaakceptowaniem rowerów do przyjęcia na pokład, że w ostatniej chwili zdążylismy na lot.

 

Reklamy

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s