Taman Negara. Las deszczowy, który skradł moje serce.

Po czterech dniach pobytu w wielkim mieście nadszedł czas na nowe miejsce. Zmęczeni głośnym gwarem, ruchem ulicznym i tłumami ludzi na ulicach odebraliśmy zamówione wcześniej auto z wypożyczalni i ruszyliśmy w stronę Taman Negara- Parku Narodowego Malezji. Nazwijmy rzecz po imieniu- prawdziwej dżungli!!!

Taman Negara czyli Park Narodowy

Malezyjski las równikowy jest największym, najstarszym i najbardziej popularnym lasem równikowym na świecie. Od 1939 r ma tytuł Parku Narodowego i jest pod ochroną, a od 2014 r zaczęły się starania, by wpisać go na Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO (z niecierpliwością czekam na ten dzień, by na tej liście się znalazł).

Bogata flora i fauna lasu równikowego

Bogata flora i fauna lasu potrafi każdego oniemać z zachwytu. Przyznam szczerze, że zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia i od pierwszej chwili żałowałam, że zostajemy tam tylko na jedną noc. Charakterystyczne, wysokie drzewa liściaste osiągające wysokość około 80 m, a z nich zwisające liany oraz epifity, liczne zakręcone korzenie na każdym kroku oraz bogate w różne odcienie zieleni paprocie, wraz z innymi, zielonymi roślinami zrobiły na mnie przeogromne wrażenie. Jestem zdecydowaną miłośniczką natury. Mogłam godzinami wpatrywać się otaczającą mnie przyrodę. Roślinność którą do tej pory mogłam oglądać w filmach przyrodniczych lub w podręcznikach, nagle ukazała mi się przed oczami.

Warany, czyli wielkie jaszczurki to zwierzęta najczęściej przez nas spotykane. Biegały po lesie niczym psy. Widzieliśmy też maksymalnego rozmiaru mrówki, pająki i gąsienice.

Paprotki o intensywnym odcieniu zieleni.
Szlak trekkingowy wśród korzeni.

Muzyka dżungli najpiękniejszą orkiestrą świata

Nie tylko urokliwa natura jest fantastyczna. Muzyka, jaką tworzy natura składająca się ze świerszczy, cykad, insektów oraz Bóg wie jeszcze czego, przyjemnie grała nam podczas długich spacerów w tym pięknym i zarazem mistycznym lesie.

Od czasu do czasu wszystko powoli cichło tak, jak by miało nadejść jakieś niebezpieczeństwo. Często tak było, jak się zbliżaliśmy do głośnego dźwięku cykad. Po hałasie o dość dużym natężeniu stopniowo zapadała cisza. A my niespokojnie czekaliśmy aż coś wyskoczy na nas niespodziewanie z krzaków.

Muzyka dżungli.

Muszę dodać, że poziom adrenaliny u mnie podnosił każdy, nawet najmniejszy szelest, a długie, wijące się korzenie drzew i oplatające je dookoła rośliny rozgrzewały moją wyobraźnię maksymalnie. Wśród drzew i krzewów widziałam dosłownie wszystko! Każda napotkana roślina, na każdym kroku zachwycała i przerażała jednocześnie.

Plecione korzenie zwisające z wysoko położonych galęzi.

Kuala Tahan- mała wioska tętniąca życiem

Naszym miejscem wypadowym była mała miejscowość, oddalona od stolicy około 250 km. Dojechaliśmy do niej wypożyczonym, niezwykłym autem malezyjskiej marki Proton. Jazda nim nie odbyła się bez śmiechu, zwłaszcza, kiedy zamknęliśmy go na stacji benzynowej i włączał się strasznie głośny alarm, który ciężko było wyłączyć. Oczy każdego przechodnia skierowane były na białych turystów udających, że mają kontrolę nad autem. W rzeczywistości nie mieliśmy.

Po czterech godzinach jazdy i wyprzedzania po drodze setek ciężarowych aut z wielkimi konarami drewna, dojechaliśmy szczęśliwie do celu. Ośrodek w którym mieliśmy nocować w przeciwieństwie do Kuala Lumpur był bardzo ładny i czysty. W recepcji przemiła, muzułmańska kobietka przywitała nas serdecznie i poczęstowała świeżo zerwanymi z drzewa owocami rambutam, smakiem przypominajce bardzo liczi. Oznajmując im, że pierwszy raz w życiu jemy to, inny pracownik wskoczył na drzewo i zerwał nam jeszcze więcej owoców.

Rambutan. Owoc podobny smakiem do litchi.

Ze względów bezpieczeństwa trzeba rejestrować się przy wejściu do dżungli

Ciekawi nowego miejsca od razu ruszyliśmy na rundę po okolicy. Przepłyneliśmy łódką na drugą stronę zamulonej rzeki Tembeling i zarejestrowaliśmy się w parku. Wstęp do parku kosztował złotówkę od osoby, możliwość fotografowania pięć złotych. Przeszliśmy krótką trasą wokół wejścia do Parku i już po pokonaniu kilku metrów niespokojnie skakaliśmy przestraszeni przez uciekającego od nas warana. Szczerze mówiąc to nie wiem, kto się bardziej bał.

Po lesie nie zaleca się chodzić w pojedynkę. Miejsce to jest domem dzikich zwierząt i choć one unikają poruszania się w okolicy wejści do Parku, nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć. Jednocześnie jeśli ktoś zboczy ze szlaku, rzeczą praktycznie niemożliwą jest znalezienie drogi powrotnej.

Kilka tras w parku przygotowanych było na drewnianych platformach, nisko nad ziemią. Ułatwiało to znacząco wędrówki przy deszczowej pogodzie oraz zwiększało bezpieczeństwo, bo leśne zwierzęta mogły sobie spokojnie spacerować nie zwracając na nas uwagi.

Drewniane podesty w okolicach wejścia parku.

My jak zwykle zapuściliśmy się na dłuższy spacer, gdzie drewniane platformy się skończyły i zaczął się normalny szlak trekkingowy. Tam zabawa jak dla mnie się skończyła, szłam z sercem w gardle. Zmysł słuchu był tak wyostrzony, że każdy najmniejszy szelest przyprawiał mnie o dreszcze. Do tego mieliśmy za mało picia a pot lał się po nas nieubłagalnie. Przyznam szczerze, że wysiłku praktycznie żadnego niebyło, jednak każdy z nas był naprawdę przemoczony od potu i panującej tam wysokiej wilgoci.

Na szczęście udało nam się bezpiecznie wrócić na nocleg. Na wieczór mieliśmy zamówiony nocny spacer w przewodnikiem po dżungli. Ze względu na burzę i ulewę nie zdecydowaliśmy się iść, jednak w okienku pogodowym przewodnik w klapkach ruszył na podbój dżungli z innymi, bezdzietnymi turystami (nie chciałam narażać dziecka na pożarcie przez tygrysy czy skorpiony). Kiedy ponownie była burza wraz z oberwaniem chmury, cieszyliśmy się, że zostaliśmy w hotelu.

Następnego dnia zamówiliśmy sobie wycieczkę łódką po rzece. Nie ukrywam, że atrakcje proponowane w tym miejscu były bardzo tanie i stać na nie każdego. Na łódce siedziało dwóch przewodników- z przodu i z tyłu. Wycieczka była naprawdę przepiękna, zatrzymywano się dla nas w wielu popularnych po drodze miejscach. Pozostawiono nas na jednej plaży gdzie rozpoczynał się podobno szlak trekkingowy na 2 godz. Nie mając za dużo czasu do dyspozycji, poprosiliśmy o skrócenie czasu do godziny, bo nas przewodnicy wracali łodką do bazy i na umówiony czas odbierali nas. Tak było również z pozostałymi turystami. W ciągu 40 minut zdążyliśmy jednak wrócić, bo latające tam muchy i insekty nie dawały nam chwili spokoju.

Przeprawa łodzią na drugi brzeg rzeki.

Po powrocie z lasu deszczowego ruszyliśmy w stronę Wzgórz Camerona.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s